środa, 13 listopada 2013

Rozdział III cz.3

W tym samym czasie, gdy Havroth z Namidą byli niesieni silnym prądem rzeki, Elita cofała się coraz bardziej w stronę mostu. Hugon stał już w jednej lini z innymi, a Rozalin co jakiś czas wywoływała silne podmuchy wiatru, które dzięki jej wprawie spowalniały ruchy jedynie przeciwników. To jednak nie dawało wiele. Mimo, że większość żołnierzy walczyła po raz pierwszy, to początkowa sześciokrotna przewaga zmniejszyła się jedynie do czterokrotnej. Nadal byli tacy co tylko czekali aż dostaną się na linię ataku. Wszyscy z poza Elity już odeszli - albo w zaświaty albo dołączyli do kolumny kierującej się lasem na południe.
Hugon atakował bez ustanku i mimo, że głównie tylko powstrzymywał przeciwników, zamiast zwalczać, to stał się najbardziej interesującą częścią szeregu Elity. Co prawda gdzie indziej też ludzie napierali czasem ze skutkiem pokonania kogoś z obrońców, ale najwięcej tych z tarczami starało się przedrzeć do blondyna.
- Mike! - krzyknął zaraz po trafieniu ostrzem w udo jednego z niezakrytych żołnierzy.
- Nie jeszcze nie! Wytrzymaj jeszcze! Rozalin! Przygotuj silny podmuch abyśmy mieli warunki do ucieczki! - krzyknął szarooki, który teraz posługiwał się dwoma mieczami, po odrzuceniu prowizorycznej tarczy z wieka od beczki.
- Dobrze, ale musicie przez dłuższą chwilę sami ich przytrzymać! Najlepiej cofnijmy się do mostu! - odpowiedziała czarnooka i sama cofnęła się wchodząc aż na most.
- Ludzie! Cofnąć się do granicy mostu! - wrzasnął Mike.
Przeciwnicy słysząc co się święci i uradowani tym zaczęli napierać jeszcze bardziej co poskudkowało tym, że kilku pochłoniętych walką Alafreńczyków cofając się podknęło się, lub zareagowali zbyt wolno. Obie opcje kończyły się utratą kolejnych osób.
Trevin zawahał się chwilę widząc tak dużą zmianę. Niestety strzała trafiła jego ramię. Zdążył nałożyć kolejną i wystrzelić w tego kto go ustrzelił, zaraz po tym gdy kolejna strzała wbiła sę w jego tors. Trevin padł plując jeszcze krwią. Gdy najlepszy łucznik Alafrenu leżał, reszta strzelców zaczęła się wycofywać.
W chwili, gdy Trevin padł, jeden z wodzów korzystających z braku konieczności walki, zdecydował się pójść i uderzyć. Widząc ekscytację wygraną u swych podwładnych, jeszcze przed chwilą napierających tylko z powodu świadomości, że i tak w przypadku ucieczki zostaną straceni jako dezerterzy. Na nieszczęście Hugona za cel obrał sobie dojście do Rozalin nim ta zregeneruje siły do ponownego używania magicznych ataków. Defr też to zauważył i zamienił się z Mike'iem miejscami. Kiedy Mike to dostrzegł zdecydował, że nie długo czas odwrotu. Jedyną osobą, która nie miała co zmieniać był Hugon. Wiedział, że nie może się zacząć wahać i mimo, iż bólu doświadczała każda jego komórka w ciele. Mike czekał. Defr też. Rozalin szykowała się do użycia magii.
Potężny mężczyzna zakrywał się tarczą przed kolejnymi atakami Hugona. Wystawił tarczę i zrobił dwa kroki do przodu. Hugon wykorzystał to i rąbnął kulą w jego naramiennik tak mocno, że się skruszył. Mężczyzna cofnął się o krok, ale Hugon wiedział, że nie zrezygnuje i zaraz po raz kolejny spróbuje podejść. Szybko zrobił krok do przodu i uderzył kulą w hełm dowódcy tak mocno, że dźwięk odbił się echem głośniejszym od szczęku broni wokół. Dowódca stał ogłuszony. W tym czasie Rozalin przygotowała taki ładunek magiczny, że powietrze zgęstniało na całej długości lini frontu.
- Mike, jestem gotowa!
- ODWRÓT!!! - wrzasnął na całe gardło brązowowłosy.
Na ten sygnał ludzie zaczęli się cofać, silna fala wiatru cofnęła i poprzewracała większość napastników. Rozalin padła ze zmęczenia na kolana. Wszystko było by dobrze, gdyby nie to, że dowódca zdołał utrzymać się na nogach. Zasłonił się tarczą i ruszył w stronę czarodziejki i Hugona na jego drodze. Defr z całej siły uderzył młotem w jego tarczę. Ta rozpadła się, ale młot również, pozostawiając Defra bez broni. dowódca dobył topora i gdyby nie zwinność półelfa uciął by mu ramie. Cios zakończył się draśnięciem przedramienia. Defr cofnął się i chciał wziąść Rozalin na ręce. Przeciwnik natarł na Hugona z taką siłą, że poleciał do tyłu i padł obok nich. Mike odwrócił się i widząc co się dzieje podbiegł tam zabierając razem z alafreńskim kowalem Rozalin, która dysząc spojrzała do góry. Wrzasnęła widząc, jak ogromny mężczyzna biegnie na nich z toporem gotowym do ciosu. W tym momencie przed nią pojawiły się plecy Hugona.
Czas zwolnił w tej chiwili niemal się zatrzymując.
Ludzie uciekali z pola walki. Ona podciągana przez Mike'a i Defra na nogi zaniemówiła na chwilę, gdy krew trysnęła z ramienia Hugona. Mimo że osłonił się ręką z owiniętym na niej sznurem wzmacnianym metalowymi nićmi.
- HUGON! - wydobyło się z jej ust.
Zobaczyła jak przytrzymując jedną ręką wbity w niego topór zadaje cios pod ramię podniesionym wcześniej mieczem. Mike dobywa swojego miecza i dopełnia to cięciem między hełm, a szczątki skruszonego naramiennika.
- Chociaż raz dobrze wymówiłaś moje imię... - powiedział zielonooki i padł na ziemię.
Defr wziął ją pod ramie.
-Nie, to niemożliwe... Hugon...-Chciał przysunąć się bliżej niego.
-Idźcie... Inaczej...
-Nie zostawię Cię!-Krzyknęła czarnowłosa.
-Nie po to umrę, żebyś...
-Nie umrzesz! Słyszysz?! Nie możesz!
-Zawsze byłem zbyt słaby, aby w pełni należeć do Elity... Proszę pozwól mi chociaż umrzeć jak wojownik...-Defr i Mike pociągnęli kobietę na nogi.
-Roz, nie zdołamy mu już pomóc. Pozwól mu umrzeć godnie...-Powiedział Defr i razem z Mikiem zmusili ją do ucieczki przed otrząsającymi się żołnierzami.
Na ich szczęście kilku strzelców czekało jeszcze i posłało strzały w goniących ich, co stępiło zapał reszty. Udało im się uciec.

***

Rozalin siedziała na wozie z workami, w których były ubrania i płakała. Jej twarz częściowo była jeszcze pokryta krwią Hugona.
-Co z Havrothem i Namidą?-Zapytał przywódca Elity.
-Nikt z naszych ich nie widział. Wiadomo tylko, że dziewczyna wpadła do rzeki, a czarny pies skoczył za nią-Zameldował mu Hebr, który zajmował się sprawdzeniem stanu ludności alafreńskiej i sprawdzeniem ile osób przeżyło.
-Duże straty?-Zapytał brązowowłosy obowiając się liczby, która mogła go przygnieść.
-Aktualnie siedemdziesiąt sześć osób na pewno nie żyje. cztery walczą o życie, reszta posiada drobne rany lub jest zaginiona. Nadal poszukujemy śladów rodzeństwa.
-Minęła już prawie doba. Nie możemy ryzykować, mogą w końcu za nami ruszyć w pościg. Musimy wszystkich zaginionych uznać za zmarłych i ruszać dalej wzdłuż rzeki. Jeżeli uda się nam dotrzeć do gór możemy być pewni, że nie ruszą za nami dalej. Na ile starczy nam zapasów?
-Woda z rzeki nadaje się do picia, więc nie zabraknie nam jej. Jedzenia starczy nam na około tydzień.
-W takim razie... Rozalin razem z Artemis, Defrem i małą grupką kobiet będą przemieszczać się równolegle do nas głębiej w las i poszukają czegoś zdatnego do jedzenia... Jakieś jerzyny, grzyby, dzikie jabłonie. Na pewno w tych lasach uda się znaleźć coś do spożycia.
Made by Schizma